Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 228 531 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

32

wtorek, 25 maja 2010 21:06
skończyłam na dniach. czas oszalałam, a ja czuję, ze z tego powodu oszaleję również!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

wall

poniedziałek, 01 lutego 2010 11:44






Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

na dokumenty

poniedziałek, 01 lutego 2010 11:25

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

obrazki

poniedziałek, 01 lutego 2010 11:15






Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

pokoj dziecka

poniedziałek, 01 lutego 2010 9:41


 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

http://decor8blog.com

poniedziałek, 01 lutego 2010 9:11


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

tastefullyentertaining

niedziela, 31 stycznia 2010 20:34




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Narodziny Mai zwanej Franusią

niedziela, 31 stycznia 2010 8:48
Październik.

Nasze, moje i taty, zabawy z ginekologiem w podchody . Tysiące pytań spisanych na kartce. Idziemy na tę najważniejszą wizytę razem, by ustalić jak się będziesz rodziła, Franiu. Późne, bardzo chłodne popołudnie. Jest już ciemno. Podjeżdżamy pod klinikę.
Pokłóciliśmy się po drodze, bo tata sam łamie przepisy, a na innych gada, że to oni źle jeżdżą.
Wizyta przyjemna, mamy się niczym nie martwić, nic ma mnie nie boleć podczas porodu, będzie fajnie, ale...no właśnie, jest jedno "ale" ! Pan Ginekolog oznajmia, że rodzimy 11 października, czyli za kilka dni, bo w czasie kiedy przypada mój termin, on będzie za granicą.
Prosi o zaufanie i je otrzymuje. Myślę sobie - jest lekarzem, wie co robi. Następnie USG u innego lekarza z dużym, aczkolwiek nudnym już poczuciem humoru. Badanie sobie przebiega "bla bla bla", śmichy - chichy z Mężem, aż tu pada moje pytanie:
- Ile mała waży?
Lekarz cofa się do pomiarów, wyświetla krzywą i oj! coś nie tak. Kolejne "ale". Coraz wolniej rośniesz, nasza Franusiu. Jesteś małym punkcikiem, kropeczką coraz niżej i dalej od średniej krzywej
Zmartwienie
Tak było kilka dni przed Twoim pojawieniem się na świecie. Decyzja, że urodzimy 14 w środę. Mamy się stawić o 10:00 na izbie przyjęć i utrzymywać bez względu na wszystko, że Ciebie rodzę.
Biję się z myślami. Decyduję za Matkę Naturę. A jak coś pójdzie nie tak? A jak coś mi się stanie i nie zobaczę więcej Filipka? A jak coś się stanie Tobie i nigdy sobie tego nie będę mogła wybaczyć? Wzięłam na siebie ogromny ciężar.

W środę rano obudziliśmy się, a za oknem padał śnieg! Szok! W październiku?!
Od lat nie padał śnieg o tej porze! Pomyślałam sobie, że to nie wróży dobrze. Nic tego ranka nie było tak jak zwykle w naszym domu.
Wszystko robiłam jakby miał to być "ostatni raz". Taka uporczywa myśl gdzieś w tyle głowy, siedząca na ogonie każdej innej myśli. Poranek zakończył się kłótnią, czyli tradycyjnie, bo już taka z nas włoska rodzina. O co ta kłótnia? Nawet nie pamiętam. Ot, ojciec Wezuwiusz, matka Etna, a dookoła wiruje ich dziecko upierdliwe niczym wulkaniczny popiół.
Odwieźliśmy razem Filipka do przedszkola, przytuliłam Go najmocniej na świecie i powiedziałam na ucho, że kocham najbardziej i będę za nim tęsknić, a on szybko się wyrwał i zanim się podniosłam z kolan, był już w sali ze swoimi kolegami. Smutno mi się zrobiło. Gapcio, choć ma prawie 7 lat.
Idziemy do samochodu. Śnieg sypie jak szalony.
Wciąż główkuję. Dom jest blisko - może wrócimy? Boję się. Jestem spięta. Przy ustalaniu którą drogą pojedziemy do szpitala znów się sprzeczamy. Nie chcę się spóźnić. Ruszamy.
Słuchamy jakiejś audycji Wojewódzkiego i Figurskiego, szyderczo - prześmiewczej o sukcesach polskiej reprezentacji piłkarskiej, a raczej braku sukcesów. Na chwilę zapominam gdzie i po co jadę. Śmiejemy się.
Parkujemy pod szpitalem przed czasem. Oczywiście parking płatny - zgroza! Śnieg wali jak dziki, zupełnie jak moje serce.
"Uciekajmy". To jedyne, na co stać moje zwoje.
Wypowiadam myśl na głos. Podobno decyzja należy do mnie. Decyduję. Zostajemy.
Na izbie przyjęć mam za dużo papirologii na głowie. Nie mam czasu na myślenie.
Pada magiczne pytanie - "czy Pani rodzi?". Idę w zaparte, że tak. Przyjmują mnie. Mąż ma poczekać, a ja udaję się do przebieralni i oddaję swoje rzeczy do depozytu.
Żegnam czule bluzkę, jeansy, wszystko, co na sobie miałam i już mam zamiar przywdziać szpitalną poszwę, ale litości! Rozkładam i oczom nie wierzę, bo to wielgaśne jakby miało wejść na ciężarną bawolicę, a nie homosapiensa. Proszę o mniejszą. Dostaję coś, w co mogę owinąć się spokojnie dwa razy. Wyglądam żenująco, zakrywam się szlafrokiem. Wychodzę, wzbudzam "śmiech na sali", a konkretnie w kuluarach Oczywiście, mówię o Mężu. Obcy się nie ośmielili.
Nagle cudowne objawienie - nasz pan doktor wychodzi na korytarz. Zauważa nas, uśmiecha się. To daje mi większe poczucie bezpieczeństwa. Z takowym śmigam na wywiad przeprowadzany przez dociekliwe położne, przechodzę ręczne badania, zakładanie dojścia dożylnego. Znoszę to wszystko dzielnie. Wciąż muszę udawać i kłamać, że odczuwam skurcze. Owszem , odczuwam, ale żołądka, z nerwów. Włącza mi się głupawka. Momentalnie okazuje się, że z położnymi nadajemy na tych samych falach. Super! Mam nowe koleżanki. Nie zrobią mi krzywdy, bo chyba się polubiłyśmy. Poczucie bezpieczeństwa wzrasta.
Jedna z sióstr okazuje się Panią Doktor. Jest młodsza ode mnie na bank. Przemyka mi myśl "co ja -stara tu robie?".
Dostałam swoją salę do porodu rodzinnego, czyli kolejny z punktów odhaczony. Znów mi poczucie wzrasta. Pan doktor mnie nie okłamał, będzie dobrze. Pod koniec ciąży w kółko powtarzał "zaufajcie mi", a ja nie mogłam, bo raz już jednemu uwierzyłam i rodziłam "po ludzku" aż mi oczy z orbit wyłaziły z bólu. Pamiętam o tym non stop. Szpitalne sprzęty, łóżko, koziołek do rodzenia nie dają zapomnieć. Zaczynam płakać, ale nie dokańczam, bo lekarz z położną przychodzą mi przebić pęcherz. Nie pozwalam się dotknąć, dokąd nie obejrzę dokładnie narzędzia. Oglądam i widzę długi drucior zakrzywiony na końcu. Akcja. Trochę lekarzowi ten haczyk zaplątuje się we mnie. Maaaaaatko! Każę szybko kończyć te czynności. Przypominam o umowie, że ma mnie nic nie boleć, bo jak coś, to idę do domu. Niestety, nie udało się przebić pęcherza. Za to poharatać mnie na tyle bym zaczęła krwawić, owszem. Będą jeszcze próbować, ale na razie nie mają czasu, bo jakiś wysyp rodzących. Jedna to nawet siedzi na korytarzu i czeka.
Niechcący za dużo nas przyjęli. Dziewczyna ma lęk w oczach większy niż ja. Ja przynajmniej nie będę rodzić na korytarzu, jakby co
Idę na lewatywę. Mniejsza o szczegóły. Uwielbiam ten zabieg. Może jestem dziwna, ale tak już mam i kropka.
Nie mija godzina, a tu znowu grupa z doktorem rozmiarów niedźwiedzich na czele ładuje mi się do sali niczym rodzina i na fotel zapraszają. Szpikulec idzie w ruch. Oczy już mam na wierzchu ze strachu. Gramolę się na fotel. Ledwie zdążam zarzucić drugą nogę, a lekarz mówi:
-Stop, stooop!
Czuję, że coś leci. Nawet słyszę, bo blaszaną brzdąkającą miskę podłożyli.
- No to masz, czego chciałaś. Wody odeszły.
Cieszymy się wszyscy, lekarz, położna, ja też - najgłośniej.
Złażę z fotela, dostaje podkład higieniczny między nogi i mam śmigać po korytarzach masując sobie sutki na oczach studentów, którzy w innych okolicznościach mogliby być mną nawet zainteresowani w sensie niemedycznym. Wszystko to w celu rozwarcia się. Obracam tę sytuację w żart. Zagaduję grupę, bo i tak widzę, że chicholą się ze mnie. Rzucam jakiś głupi tekst "że może od tego nie urodzę, ale przynajmniej się podniecę". Chwilę jeszcze chicholimy się razem.
No to spaceruję dalej, teraz już w oparach zwiezionego na oddział, gorącego obiadu.
Boże, jaka jestem głodna. Na widok mięska, sosu i buraków dostaję ślinotoku. Przytrzymuje wkład ręką. Wciskam gaz i pedałuje do doktora poinformować, że jestem głodna jak wilk. Niestety, nie dla mnie luksusy i buraki. Dostaję dożylnie glukozę. Boli mnie gdy wpływa do żyły. Niby mam być najedzona, a kiszki dalej marsza grają. Płaczę, rozklejam się. Dorabiam całą tragedię do sytuacji. Mąż mnie uspokaja. Telefony nie przestają dzwonić, sygnały nadchodzących sms-ów nie milkną. Kogoś jednak obchodzę. Martwią się. Mąż mnie sprowadza na ziemię, że to zwykła ciekawość. Nie wierzę.
Mija 15:30. Koniec jedzenia. Uff, przestanie mnie boleć ręka. Nic bardziej mylnego! Podłączają kolejną kroplówkę z dobrze mi znaną oksytocyną. Czuję, że nie dam rady. Panikuję najzwyczajniej w świecie, bo poza tym, że mnie pitka szczypie po zadrapaniach szpikulcem i boli ręka od kroplówki, to nic się złego nie dzieje.
Zaczynam wysiadać psychicznie, gdy pojawiają się skurcze. No teraz już mnie nikt nie nabierze! Pamiętam pierwszy poród doskonale. Łzy lecą mi jak grochy, jestem zasmarkana. Wchodzi lekarz i pyta czy chcę znieczulenie.
- Nie, dam radę. Jeszcze mnie nie boli.
Odmawiam? Tak! Odmawiam znieczulenia! Panuję nad sytuacją. Gdy sobie to uświadamiam, uspokajam się. Wiem, że gdy będę chciała, dostanę znieczulenie. Mój lekarz nie oszukał mnie. Oddycham spokojniej. Czuję coraz mocniejsze skurcze, ale bardzo nieregularne, czasem ustają na dłużej. Jest ok. Położna podkręca oksytocynę, ale paradoksalnie skurcze znikają.
Leżę sobie i nic się nie dzieje. Znów podkręcają oksytocynę. Widzę, że skapuje do rurki coraz szybciej, ale w ogóle mnie ta dawka nie rusza.
Wchodzi anestezjolog. Popełnia wykład o znieczuleniu zewnątrzoponowym. Pyta mnie czy podać. Odmawiam, bo nic nie boli. Jedynie badania manualne nie są przyjemne, ale tez nie są bolesne. Sprawdzają rozwarcie, stwierdzają absolutny brak postępu i odchodzą. Czyli mamy półtora palca, w porywach 2 cm.
Podobno dziś nie urodzę. Nie szkodzi - myślę sobie - byleby z Franią było wszystko dobrze.
Przy trzeciej wizycie anestezjologa wchodzi również mój ginekolog i nie pozwala odmówić znieczulenia, chyba że go w ogóle nie chcę, ale odradza mi taką decyzję. Ufam mu.
Kiedy pojawia się zespół anestezjologiczny z tacką usłaną narzędziami do wkłucia i tym podobnymi strasznymi rzeczami, prawie dostaje zawału. Ustalam od razu, że jest to mój pierwszy raz z anestezjologiem. Upewniam się czy to aby nie jego pierwszy raz z ciężarną. Pielęgniarka się śmieje. Kulę się ściskając poduszkę i cała dygoczę. Znieczula. Szczypie.
Czuje jak się wkłuwa. Chrobocze mi po czymś, boli mnie. Mówię mu. Jest jakiś opór. Decyzja o wykłuciu się. Wszystko od nowa. Tym razem ja już nie dygoczę, a mam jakąś taneczną rzucawkę. Słyszę, że się muszę uspokoić. Zawodzę, że się boję. Jeszcze raz pada pytanie czy się zgadzam na znieczulenie. Mówię, że tak. W takim razie mam być spokojna. Zaczynamy. Poszło dobrze. Nakleili plastry, położyłam się. Pierwsza dawka znieczulenia poszła i poczułam nieprzyjemne zimno w kręgosłupie, a potem już tylko mrowienie w pośladkach i nogach. Spłynął ze mnie stres. Dostałam głupawki. Śmieszył mnie niedowład dolnych kończyn.
Znieczulenie działa jak należy.
Około 18:00 przychodzi Jadwinia - moja, jak się okazało, cudowna położna.
Wygląda jak rasowa zołza. Włosy ścięte pod linijkę, okiełznane w schludnego pazia co do włosa, zaciśnięte wąskie usta silące się na uprzejmy uśmiech przy "dzień dobry". Od razu siada do mojej karty, studiuje ją. Nawet z mężem nie próbujemy żartować. Podchodzi w ciszy do mnie, wkłada rękawiczki, bada mnie i pyta co ja tutaj robie i który to tydzień. Mówię całą prawdę. Gani mnie, więc mówię, że to nie ja jestem lekarzem i że jeśli ma uwagi, to musi rozmawiać z nim. Na co słyszę:
- Idę i go tak o*******e?!
Poszła.
Zostaliśmy z mężem sami. Szok w oczach. Zaczynam ględzić, że lepsza obsada nam się nie mogła trafić i teraz to już koniec.
Wchodzi lekarz najwidoczniej nie dopadnięty jeszcze przez siostrę Jadwinię , bo w całkiem dobrej kondycji psychicznej, więc zaczynam go błagać o zmianę położnej na jakąś inną nienawiedzoną. W tym momencie wpada Jadwinia i załapuje się na takie oto slowa doktora:
-Aśka, spokojnie. To bardzo fajna babka jest. Wszystkiego, co umiem, nauczyłem się od niej w tym szpitalu.
Już nie wypadało się odezwać jakkolwiek. Jedynie przytaknęłam. Lekarz wyszedł.
Jadwinia zaczęła się rozkręcać.
Pokazuje na sprzęt badający jedynie tętno płodu i się wydziera:
- Co to, *****, jest?! Gdzie jest druga czujka?
- Nie wiem, siostro. Podobno ktoś ukradł.
- Nie, tak nie może być! Ja zaraz załatwię porządny aparat- mówi Jadwinia i zaczyna mnie odpinać. Po czym hucząc sprzętem wyjeżdza z sali, a po chwili wraca z kompletnym nowym aparatem, nieosiągalnym podobno na oddziale. Od teraz słyszymy serce Frani i widzimy na wykresie moje skurcze. Jest tak, jak powinno być. Jadwinia dosiada się do mnie. Prowadzimy miłą rozmowę podczas badania ginekologicznego. Pyta, czy mnie boli. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie. Stwierdza, że wolną ręką pokaże co mi robi. Ruch dłoni pt: "proszę Państwa, proszę się rozejść. Lewa, prawa, lewa, prawa". No tak coś właśnie czuję, że mi gmera na lewo i prawo.
Koniec masażu. Podobno dzisiaj nie urodzę. Jadwinia ma fach w ręku. Zaczynam ją lubić. Już się nie boję. Jestem wyluzowana, wysyłam kilka sms-ów. Staram się zadzwonić do kilku osób, ale nic z tego, bo zasięgu umożliwiającego rozmowy brak.
Kubę rozbolała głowa. Poprosiłam, by pojechał do domu, zjadł kolację, napił się gorącej herbaty, zdrzemnął i wrócił. Nie ma pośpiechu, skoro i tak dzisiaj nie urodzę. Rozebrał się z flizelinowego zielonego wdzianka i zostałam sama.
Ponowne badanie. Jadwinia wkłada łapkę i cieszy się chichocząc jak dziecko.
Pytam, co się tak cieszy, a ona na to, że mamy jakieś 4 cm i że to cudownie. No to ja też się cieszę, bo to oznacza, że oksytocyna zaczęła działać.
Po 20 minutach wraca, znów bada. Pyta, gdzie mam męża. Każe mi po niego zadzwonić bo w ciągu godziny urodzimy. Jest 6cm. Szok!
- Siostro, ale ja nie mam nawet imienia dla dziecka!
- To może Marta!? -proponuje Jadwinia.
- Nie! Marta na pewno nie!
Śmiejemy się.
Wysyłam SMS do męża. Jest już pod szpitalem. Pojawia się u mnie w ciągu 5 min, przebiera w strój żabki.Wchodzi Jadwinia, bada mnie. Znów się cieszy.
- Proszę, żeby mi Pan pomógł. Weźmie Pan żonę pod jedno ramię, ja pod drugie i idziemy rodzić.
- Nie! - protestuję. Nie mogę, nie jestem jeszcze gotowa! Miało być za godzinę! Ja jeszcze nie mogę rodzić!
Powoli pomagają mi opuścić łóżko. Chcę iść sama. Czuję, że dam radę. Siostra lekko mnie puszcza, uginają się pode mną nogi. Jednak muszę być wleczona jak pijaczyna.
Wrzucają mnie na koziołek do rodzenia. Mam głupawkę. Siostra zakłada maseczkę. Mówi do męża, że nie ma czasu, że on musi pomóc, bo nie zdążą zjechać położne z góry. Będzie notował wszystko co mu poda. Wchodzi jakaś inna położna, prosi Jadwinię do siebie.
Czuję parcie na krocze, więc krzyczę:
-Siostro, a jaaaaa?!
- Spokojnie, daleko nie odchodzę.
Zakrywam ręką wylot i krzyczę:
- To może chociaż jakieś wiadro siostra podstawi?!
Ona w śmiech. Mówi, że takie cuda to tylko w filmach i że to nie tak szybko. A ja czuję, że już!
Wraca! Wielka ulga. Jednak nie będę dziecka zbierać z podłogi.
- A Pan ma jakiś aparat? - zwraca się do Kuby
- Mam w torbie.
- To niech Pan leci, bo nie zdąży Pan zrobić zdjęć!

Jadwinia podchodzi do mnie, Stefan już jest z aparatem za moją głową.
- Proszę przeć.
A ja w śmiech. Pytam, czy mówi poważnie. Podobno tak, więc łapę za drążki po bokach fotela, nadmieniam, żeby mnie nie nacinać i prę tak, jak to pamiętam z pierwszego porodu.
- Stop. Nie przyj.
Łapę ze dwa oddechy. Podobno jeszcze dwa parcia i urodzę.
Tak, takie cuda to tylko w erze.
- No to teraz takie pół parcia - mówi Jadwinia
To sobie delikatnie prę i słyszę, że widać główkę. Wyrażam swoje niedowierzanie na głos.
- Daj rękę - mówi Jadwinia.
- Nie, brzydzę się.
- Jak to?! Swojego dziecka!? Dawaj! - i przyciąga moją rękę w kierunku krocza.
Dalej ja już sama. Dotykam bardzo delikatnie. Jest cudownie. Czuję jej główkę. To trwa jedną piękną chwilę.
Znów muszę wykonać pół parcia i jeszcze jedno całe. Widzę ją!
Widzę moją Franusię- bielusieńką, bezwładną, jeszcze nie odbarczoną, zwisającą na ręce położnej.


Ten moment strachu "o Jezu! Nie oddycha! Jest sina!", ale już po chwili wysysają z niej płyn owodniowy i słychać najpiękniejszy na świecie krzyk - pierwszy krzyk naszego dziecka. Biorę Ją na ręce, przytulam. Jest taka piękna, taka maleńka. Kocham Ją od zawsze, całą sobą. Nie mogę się napatrzeć. Chcę tę chwilę zatrzymać, zapamiętać jak najlepiej.
Mąż przecina pępowinę na 2 razy. To dobra wróżba -podobno jeszcze wrócimy na porodówkę. Czemu nie?


Urodziłaś się Franusiu o 21:40. Całe 2650 gram i 51 cm czystej miłości.
Zawsze będziesz moją Franusią. Mama.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

http://www.flickr.com/photos/tastefullyentertaining/

sobota, 30 stycznia 2010 21:48
TASTEFULLY ENTERTAINING ( flickr ) - coś pieknego, np.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

segregatory

sobota, 30 stycznia 2010 16:54

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  20 103  

Zdjęcia

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl